Skip to content

Michał Zdunik Wpisy

Styczeń (2015)

Nigdy nie wiadomo czy się wróci. Wypadki chodzą po
ludziach – szybkim krokiem, urwanymi oddechami i zerwanymi
połączeniami telefonicznymi. Dopiero zaczyna się zima. Śnieg
wszystko odbija, nawet tamto. Wtedy. Ukryte. Zostań jeszcze.
Tylko przez chwilę. Boję się, że już nie będzie dnia. Albo to tylko
przemęczenie. Będzie można chwile odpoczać. Tak, za dużo stresu.
Chociaż może to co innego. Ale jak to nazwę, to wszystko straci
swój niestabilny sens. Jesteś tu już tak długo, a zawsze widzę
Cię jakby od nowa. Odkrywanie ciała. Gładka powierzchnia skóry.
Może to wszystko jest zbyt proste, może ludzki język tego nie
wytrzymuje – historii zbyt banalnych, aby je wypowiedziec. Ale
Czytaj więcej Styczeń (2015)
Komentowanie wyłączone

Pastorałka

Jak tam musiało być zimno: palce kostniały, ciało
przeszywał przenikliwy dreszcz. Krew na Jej białej
sukni, nad odciętą scyzorykiem pępowiną latają
muchy. Noc. Dziecko całe w brudnej ziemi. Dlaczego
nic mu się nie stało, nie zmarło od razu po porodzie?
Zakażenie, brak higieny i odpowiedniej lekarskiej opieki.
Nie było innego wyjścia. Ale stało się inaczej: było.
I to jest najdziwniejsze.

Wszystko nie tak i na odwrót. Ostateczna materia
w ciele: drobnym i słabym, chorowitym i kaszlącym.
Noc. Pusto. A tutaj dzieje się wszystko. Małe dziecko
przewraca się z boku na bok, matka nie dostała
przeciwbólowych leków i krzyczy. Całą drży, osuwa się
na ziemię. Mdleje. Próbuje ją ocucić. Nie umieraj.
Przecież wtedy tylko koniec. Zostań. Proszę, zostań –

– Boże, w którego nie wierzę. Wracaliśmy z kościoła.
Zmęczone twarze odbijały się w kałużach. Latarnie
świeciły za słabo i można było zgubić się w ciemności.
Nie wiedziałem, po co tam poszedłem i po co wracałem.
Kroki odbijały się echem jak wbijane gwoździe. Jak
rozlewa się krew, gdy zardzewiały metal wchodzi w
nadgarstki? Jak napinają się mięśnie? Szliśmy dalej.
Co się wtedy wydarzyło? To były tylko narodziny.

Nie umiem powiedzieć nic, ponad „tylko”. Milczę
przed nienazwanym. Tłum ludzi. Klęczą. Nie potrafię
wypowiedzieć słowa, w którego nie wierzę
Boże, jak tam musiało być zimno. Dalej noc. Krok
po niewierze to powolne odchodzenie, Po którym nie
można wrócić. I nie ma innego wyjścia. I to jest
najdziwniejsze.

(25 XII 2014)

Komentowanie wyłączone

Pusto, dramat w jednym akcie

Pusto
dramat w jednym akcie

(Pokój w nowoczesnym mieszkaniu, w wielkim mieście. Na środku sceny – łóżko. Po obu jego stronach –  otwarte okna. Zimny poranek późnej jesieni. W łóżku młody mężczyzna. Wstaje, dopiero po przebudzeniu.
 
Podstawową wskazówką inscenizacyjną jest zapis tekstu).
 
MĘŻCZYZNA: 
[1.] 
Jeszcze raz. Wszystko od nowa. Takie same poranki. Za oknem mgła, niebo o kolorze brudnego mleka. Lodowate powietrze. Czy nie jest za zimno? Nie, w sam raz. I to nigdy się nie zmienia. 7:38. Ciało, ledwo przebudzone i zdrętwiałe. Prawie martwe, ale jednak wstaje, wiedzione jakąś dziwną siłą. Może kawy? Tak, jedną, zawsze tylko jedną. Małe espresso. Usiądę sam, naprawdę nie trzeba. Proszę mnie zostawić, tak jak wszyscy. Nie, nie robi mi Pani przykrości. Nikt nie robi mi przykrości. Bo nikogo nie ma. Cisza odbija się od pustych ścian. Albo może lepiej – rozmawiam z milczeniem. Chociaż nie, to źle brzmi – sam ze sobą zaczynam robić się strasznie egzaltowany. Trzeba na siebie uważać:
taki stan wymaga rygorystycznej samokontroli. Regularne posiłki. Pobudka o tej samej porze. Sok ze świeżo wyciskanych owoców. Codziennie dwadzieścia minut biegania. Żadnej kawy i papierosów Ten doktor mi tak powiedział. Że kiedy ciało jest zdrowe, to i dusza zaczyna się uzdrawiać. To wszystko jest w tobie, pamiętaj, tylko musisz to odkryć. Nie możesz się zamykać na ludzi. Najważniejsze to się nie bać. Przecież oni chcą dobrze. Oni mogą coś dać sobie. Ty możesz coś dać im. Jesteście sobie potrzebni.

Czytaj więcej Pusto, dramat w jednym akcie

Komentowanie wyłączone

Listopad [To tylko zmęczenie. Dni coraz krótsze.]

To tylko zmęczenie. Dni coraz krótsze. Światło ucieka. Czas
przestał istnieć, a poranki to pusta wieczność. Przecież nie można
już zmienić podjętej decyzji. Mam zostać? Tam ktoś na mnie czeka.
Wynajęte mieszkanie i opłacone rachunki. I co z tego, że nie
istnieje? W końcu można się oszukiwać. Krew trudno zatamować,
powoli unosi się w wilgotnej parze. Ostatnia łaźnia. Zapędzeni i
upchnięci, czekają. Ten z dołu zobaczył, że sufit przecieka. Zobaczył
i zemdlał. To tak łatwo? Czyli bez oklasków? Już więcej nie będzie. Czytaj więcej Listopad [To tylko zmęczenie. Dni coraz krótsze.]

Komentowanie wyłączone

Październik [Coraz bardziej mnie nie ma.]

Coraz bardziej mnie nie ma. Dni już krótsze, niedługo
zostanie tylko noc. Jak na jakiejś nieznanej scenie – wszyscy
patrzą, gdy ja się spalam. Patrzysz na mnie i nic nie mówisz.
Zresztą ja też. Może zostaniesz jeszcze? Nie wychodź. Nie chcę
być sam. Ile to już lat? Poranki ciągle takie same. We mgle łatwo
zabłądzić i potem nigdy się nie obudzić. Zgubiłem się w mieście

i wsiadłem do złego tramwaju. Dojechałem aż do kresu. Po
chwili nie pamiętałem jak się nazywam. A przedstawienie trwało dalej.
Tylko kto jest widzem? Rytm czasu nie zmieni się nigdy. Wieczne ostinato
zmęczenia. Dni jak niestaranne kalki samych siebie. Chciałbym zostać Czytaj więcej Październik [Coraz bardziej mnie nie ma.]

Komentowanie wyłączone

Morza (poemat dla teatru)

1.

w zmąconej powierzchni fal odbija się światło jak słowa
przemierzające podwodne labirynty pamięci jeszcze nigdy
śmierć nie była tak blisko – tuż za białą barierką
zaczyna się koniec – patrzyła w bezbrzeżna toń – czy jak mówiła
że jest gotowa to zrobić kłamała? teraz ukazywała mi się
sama prawda

coraz bardziej oddalaliśmy się od lądu coraz bardziej w głąb
uciekaliśmy od pewnej i znanej nam powierzchni ciała
jej twarz stawała się dla mnie coraz bardziej obca jak
wyspy które nigdy miały nie zostać odkryte – nasz statek
minął jedną z nich i wydawało mi sie że widzę tam człowieka
ale to to było tylko złudzenie – podobnie jak nasza wspólna wieczność Czytaj więcej Morza (poemat dla teatru)

Komentowanie wyłączone

Prologi, I

na scenie tylko mężczyzna, a w nim: chór
czas przemykał krętymi chodnikami – labirynty ciemnych uliczek w mieście
nie rozświetlał ich mrok dnia kamienice gniotły ciała kretów drążących
powierzchnię niewiadomych snów (nie potrafił się ostatnio obudzić
ciągły ból głowy nieprzyjemne kłucie w sercu może to zbliżało się już
        obudził się i nie nazwał tego – co niewypowiedziane nie istnieje
        frazes który przestał coś dawno znaczyć a teraz ma tylko chronić
        przed tym co zmierza w krzykliwym milczeniu)

Czytaj więcej Prologi, I

Komentowanie wyłączone

Księgarnia

1. 

Wszedł do środka, ale zupełnie nie wiedział, po co. Zaczynała się jesień – delikatnymi mgłami, labiryntami spadających liści, lepkimi od błota kałużami. Szara smuga papierosowego dymu unosiła się łagodnie do góry, jak opary zapomnianego kadzidła. Na ulicach było coraz więcej ludzi – wracali do pracy, opuszczeni przez ciepło poprzednich miesięcy i do końca utwierdzeni w przekonaniu, że tak naprawdę nic się nie zmieni, a ostatecznie czeka na nich tylko mrok wrześniowego wieczoru.

2.

Zaczął przemykać pomiędzy wąskimi ścieżynkami, wśród ciasno ustawionych stołów i regałów. Oczywiście, nie przyszedł po nic konkretnego, tylko dosyć tępym wzrokiem wodził po nazwiskach poetów, których obiecywał sobie przeczytać. Pamiętał pojedyncze cytaty, które gdzieś znalazł, albo które ktoś mu powiedział. Odczuwał wtedy jakiś krótki moment zachwytu, jasności, tego, że w tym zdaniu zawarta jest cała kwintesencja czegoś, czego nigdy nie umiał nazwać, a co wydawało mu się bardzo ważne. Niedawno poczuł, że kiedyś umrze, i udało mu się połączyć te fakty. Jego śmierć nie dawała się opisać, nie chciała być nazwana, uciekała jak płochliwe zwierzątko – z dziesiątkami zapomnianych fraz.

Czytaj więcej Księgarnia

Komentowanie wyłączone

Kawa

1.

Kawa, dopiero co przed chwilą zaparzona, stygła powoli. Biała filiżanka rysowała delikatny, okrągły kształt na chropowatej powierzchni drewnianego stolika. Ciepło leniwymi falami uciekało z gęstego, prawie czarnego płynu, próbując ogrzać jego ręce, przesuwające się po ściankach filiżanki, w chłodny, pierwszy dzień jesieni. Dawał sobie jeszcze chwilę, jeszcze moment. Zacznie coś robić, ale od następnego dnia, tygodnia, miesiąca. Każdy dzień stawał się tym następnym, przedłużanym w niewiadomą, nieistniejącą nieskończoność. Chociaż, tak naprawdę, ile można uciekać, w końcu przyszłość nas zastanie: samotnych, w chłodzie nocy, nieprzygotowanych do podjęcia jakiegokolwiek kroku, i odwrotu już nie będzie. Tak, wakacje się skończyły, nie można wiecznie pić kawy w centrum miasta i czytać dobrych książek, ale na razie starał się o tym nie myśleć. Jak skazaniec, któremu pozwolono wypełnić ostatnie życzenie przed pójściem na szafot. Może chciałbyś kogoś pożegnać, jakieś ostatnie słowo? Nie, dziękuję. Reszta jest milczeniem.

2.

Jak zobaczył rano w przedpokoju jego dwie walizki, zorientował się po raz pierwszy tak mocno, że i on umrze. Czas płynie nieubłaganie, nawet, jak bardzo nie chce się tego zauważać. Był trochę przerażony konsekwencją, z jaką podjął on tę decyzję. Skąd w nim to nagłe poczucie samotności i odrębności, gdzie się podziały jego ciepło i towarzyskość? Zorientował się, że przez tyle wspólnych lat tak naprawdę go nie znał. Wyrwani z jednego łona, które nie znaczyło dzisiaj nic więcej, poza niezrozumiałymi strumieniami wspólnej krwi. Dlaczego im bardziej przychodził moment tej ostateczności, wyrwania się z planów, którzy inni za niego podjęli, z życia, które mu narzucono, a którym nie chciał żyć, tym bardziej czuł się obcy, inny? Ktoś pomieszał języki, nie dając żadnej nadziei na ich ponowne narodzenie. Jakbyśmy byli w jakiejś wielkiej metropolii: rozpoznajemy znajome twarze, ale po chwili słyszymy crescendo nieznajomego szmeru słów, kanciasta składnia miesza wszelkie szyki. Widocznie musieliśmy się pomylić, idziemy dalej.

Czytaj więcej Kawa

Komentowanie wyłączone

[w samym najgęstszym środku nocy], fragment lipcowy

w samym najgęstszym środku nocy
cudem uratowani: samozwańczy skazańcy
zbyt słabi, aby zdecydować się na wykonanie wyroku
w oczekiwaniu na cud, że śmierć przyjdzie sama,
wzywana przez mgły niewyraźnych wspomnień

tak, to my – naszym największym grzechem narodziny
od początku obarczone winą trwanie w widmach snach
czemu życie przeraża nas tak bardzo swoją materialnością?
twarda substancja o fakturze chropowatego kamienia
ale przecież powiedział;

Czytaj więcej [w samym najgęstszym środku nocy], fragment lipcowy

Komentowanie wyłączone