Skip to content

Michał Zdunik Wpisy

Kawa

1.

Kawa, dopiero co przed chwilą zaparzona, stygła powoli. Biała filiżanka rysowała delikatny, okrągły kształt na chropowatej powierzchni drewnianego stolika. Ciepło leniwymi falami uciekało z gęstego, prawie czarnego płynu, próbując ogrzać jego ręce, przesuwające się po ściankach filiżanki, w chłodny, pierwszy dzień jesieni. Dawał sobie jeszcze chwilę, jeszcze moment. Zacznie coś robić, ale od następnego dnia, tygodnia, miesiąca. Każdy dzień stawał się tym następnym, przedłużanym w niewiadomą, nieistniejącą nieskończoność. Chociaż, tak naprawdę, ile można uciekać, w końcu przyszłość nas zastanie: samotnych, w chłodzie nocy, nieprzygotowanych do podjęcia jakiegokolwiek kroku, i odwrotu już nie będzie. Tak, wakacje się skończyły, nie można wiecznie pić kawy w centrum miasta i czytać dobrych książek, ale na razie starał się o tym nie myśleć. Jak skazaniec, któremu pozwolono wypełnić ostatnie życzenie przed pójściem na szafot. Może chciałbyś kogoś pożegnać, jakieś ostatnie słowo? Nie, dziękuję. Reszta jest milczeniem.

2.

Jak zobaczył rano w przedpokoju jego dwie walizki, zorientował się po raz pierwszy tak mocno, że i on umrze. Czas płynie nieubłaganie, nawet, jak bardzo nie chce się tego zauważać. Był trochę przerażony konsekwencją, z jaką podjął on tę decyzję. Skąd w nim to nagłe poczucie samotności i odrębności, gdzie się podziały jego ciepło i towarzyskość? Zorientował się, że przez tyle wspólnych lat tak naprawdę go nie znał. Wyrwani z jednego łona, które nie znaczyło dzisiaj nic więcej, poza niezrozumiałymi strumieniami wspólnej krwi. Dlaczego im bardziej przychodził moment tej ostateczności, wyrwania się z planów, którzy inni za niego podjęli, z życia, które mu narzucono, a którym nie chciał żyć, tym bardziej czuł się obcy, inny? Ktoś pomieszał języki, nie dając żadnej nadziei na ich ponowne narodzenie. Jakbyśmy byli w jakiejś wielkiej metropolii: rozpoznajemy znajome twarze, ale po chwili słyszymy crescendo nieznajomego szmeru słów, kanciasta składnia miesza wszelkie szyki. Widocznie musieliśmy się pomylić, idziemy dalej.

Czytaj więcej Kawa

[w samym najgęstszym środku nocy], fragment lipcowy

w samym najgęstszym środku nocy
cudem uratowani: samozwańczy skazańcy
zbyt słabi, aby zdecydować się na wykonanie wyroku
w oczekiwaniu na cud, że śmierć przyjdzie sama,
wzywana przez mgły niewyraźnych wspomnień

tak, to my – naszym największym grzechem narodziny
od początku obarczone winą trwanie w widmach snach
czemu życie przeraża nas tak bardzo swoją materialnością?
twarda substancja o fakturze chropowatego kamienia
ale przecież powiedział;

Czytaj więcej [w samym najgęstszym środku nocy], fragment lipcowy

Nieuniknione, utwór dla teatru

Utwór może być realizowany przez wielu aktorów. Jedyną uwagą interpretacyjną jest zapis tekstu.

syn do matki:

trzeba od początku wszystko zamieniać w popiół

własny dom musi się ugiąć aż do całkowitego rozpadu, dopóki ściany nie zapadną się w sobie, a po żyjącej materii nie pozostanie puste milczące pole

zaczynać od śmierci od nowa każdego powtarzającego się bez celu dnia

najtrudniej było wyjść pierwszy raz, wiedziało się – trzeba wszystko co było zostawić, spojrzeć po raz ostatni, melodramatycznie uronić ostatnią łzę, i wyjść powolnym krokiem, jakby się jeszcze chciało złapać w ostatniej chwili zapach tego kiedyś

już idziesz?
tak muszę
nie zostaniesz, jeszcze chociaż chwilę?
nie mogę
dlaczego
naprawdę, nie mogę

Czytaj więcej Nieuniknione, utwór dla teatru

nowy utwór dla teatru, fragment styczniowy

Poszedłem do kawiarni w dniu, w którym nic mi nie szło. Błądziłem przez zaśnieżone ulice, w białej mgle, która miała kolor brudnego mleka. Wszedłem zdecydowanym krokiem (ale dlaczego zdecydowanym, a nie zrezygnowanym? Nie mogę teraz zrozumieć), zamówiłem jakąś kawę, ale nagle się zatrzymałem.

Kilka stolików obok siedzieli chłopak z dziewczyną. On miał na twarzy ten dziwny, przejściowy wyraz jakby przed chwilą płakał, płakał bez łez, albo za chwilę miał płakać. Tak samo z dziewczyna, chociaż może bardziej wyraźne były na jej twarzy ślady łez. Nie przyglądałem się im, zresztą: co to ma za znaczenie… Chyba to ona go pocieszała, gładziła go po twarzy, patrzyła w jego mętne oczy; w pewnym momencie poruszyła się – nie siedziała już naprzeciwko niego, ale tuż obok, z boku. Nie pamiętam, czy go przytuliła, czy może teraz sobie to chcę sam wymyślić, bardziej pasuje do historii. Ale to znowu nieważne. Stałem nadal, z perwersyjną – może nie przyjemnością, ale pasją oglądania tego.

Często, jak widziałem na ulicy, na ławkach płaczących ludzi, nie odwracałem głowy, ale zawsze przez chwilę patrzyłem. Może teraz trochę mi wstyd mojego okrucieństwa – odkrywania tego, co miało pozostać już zawsze zakryte, pozbawiania ich tej największej z możliwych samotności – samotności własnego, trochę żałosnego, aż zbyt codziennego bólu. Czytaj więcej nowy utwór dla teatru, fragment styczniowy

„Reportaż z wielkiego miasta” – fragment „Couleur Café”, utworu dla teatru

1.

Dzień. Kwiecień. Jasno. Bardzo jasno. Promienie światła pokrywają ludzi za szybko idących ulicą. Ich kroki niestaranne, krótkie, urywane, jakby oddech duszonego człowieka. Jakby chcieli się unieść się nad ziemią, wzlecieć nad arteriami brudnego miasta, nad żyłami ulic, pulsującymi hałaśliwą krwią samochodów, karetek, starych autobusów. Dla niewprawnego oka to tylko jednorodna smuga szarych ubrań. Stanąć. Odróżnić twarz. Oczy, zmęczone, zapatrzone w dal. A za tą dalą nic nie ma. Ktoś się zatrzymuje, coś mu upadło, telefon zadzwonił, coś sobie przypomniał. Podejść do niego, porozmawiać, zapisać, nagrać fragment na dyktafon. Usiąść w domu, zaraz zaraz tylko kawa się zaparzy, spokojnie, spokojnie, cicho. Sonata F – dur Mozarta w głośnikach. Delikatny perlisty dźwięk Załamujący głos na nagraniu coś mówi. Rozbija się, frazy Mozarta są symetryczne, przeglądają się w sobie, jak kolumny w lustrzanych odbiciach. Zaraz, miało być jedno odczucie. Proste, jednoznaczne. Zapis emocji, tak jakbym tam był. Tam, jakbyś Ty tam był, Ty tam była. Podchodzę do niego, szybkim krokiem. Może się rozmyśli, ucieknie, pójdzie w inną stronę. Powie tylko: jest pan dziwny, proszę się odczepić, nie nie mam czasu, nie w ogóle mnie to nie interesuje, co pan musi, jakim w ogóle prawem się pan mnie o to pyta. Podchodzę. Zatrzymuję się nad nim. Patrzę mu w oczy. Ulica płynie, ruchliwa, niezatrzymana, nieprzebrane tłumy ludzi, na których nigdy się już nie spojrzy. Głos. Mówi coś, ale nie można usłyszeć. Czytaj więcej „Reportaż z wielkiego miasta” – fragment „Couleur Café”, utworu dla teatru

scena dla dwójki aktorów

Kiedyś spałem z tamtą kobietą.

Gdy zasnęła, zrobiło się dziwnie niezręcznie i chciałem wstać, ale poczułem, ze nie mogę. Tłumaczyłem to sobie bólem stawów i przemęczeniem, albo że coś uciskało mi jakiś nerw,
ale to nie było to.
Zostałem w łóżku, które już wtedy było obce i niemoje.
Otoczony ze wszystkich stron murami z poduszek i małymi pagórkami, które tworzyły
wgniecenia na kiedyś białym prześcieradle.

Nie mów mi o tym.

Dlaczego?

(milczenie) Czytaj więcej scena dla dwójki aktorów

„Couleur Café”, utwór dla teatru, kolejny fragment

noc

i wtedy wstają wszystkie spod szaf biurek wytartych stron w książkach ze zgubionych listów pudełek po papierosach czarnych grud w popielniczce ze wszystkich małych zapomnień niewłaściwych spojrzeń obrazów których nigdy nie powinno się pomyśleć w pustymi zimnym mieszkaniu za oknem lód śnieg mróz nawet gdy wydaje się że jest słońce nawet gdy wydaje się że dzień dopiero wstaje ptaki zaczynają śpiewać swoim porannym zmęczonym od niechcenia głosem nawet wtedy ukazują się spod szyb zamarzniętych okien spod nieupranych ubrań rozrzuconych nad ranem w nocy w bólu rozrzuconych samemu w jeszcze jednym odruchu samoobrony przed nimi jeszcze jednym powiedzeniem przed samym sobą że nie nie one nie przyjdą to niemożliwe przecież nie mogą nachodzić mnie tak często ja im nic nie zrobiłem to nie moja wina że to tak działa ze moje narządy pamięci że krew krąży między nimi tak szybko a komórki drżą od pulsu neuronów

nie pytają się mnie o zgodę wchodzą w krew w żyły ciało w czarne odbicia niemych spojrzeń nieprzejrzyste oddechy i wspomnienia których nigdy nie było które miały być a które są pustą czarną powierzchnią spopielonej fotografii zawłaszczają cała przestrzeń cała powierzchnię mapę rozdygotanej w chłodzie skóry zostawiają rany blizny jak po potarciu ostrym nieprzyjaznym zbitym szkłem w którym jak w krzywym lustrze pojawiają się odbicia ich wszystkich Czytaj więcej „Couleur Café”, utwór dla teatru, kolejny fragment

„Couleur Café”, utwór dla teatru, 1.

za gęstą powierzchnią wypowiedzianych słów
odzywa się echo milczącej pustki i przeszywającego
lodowego chłodu od którego kostnieją wargi niezdolne
do jakiegokolwiek najmniejszego ruchu

za pustką jest jeszcze coś do czego
dostęp mogą uzyskać tylko nieliczni którzy
zgodzą się zawierzyć brzmienie własnych
głosowych strun wiecznemu milczeniu:

to gładka powierzchnia snu na której
pojawiają się jasne i przejrzyste odbicia
ludzi i zdarzeń które teraz w wiecznej
ciszy nabierają rysów prawdziwego dźwięku

najpiękniejszy jest moment przejścia
całkowitego oddania swojego obrazu przezroczystej
tafli sennych widzeń kiedy dawne martwe
wspomnienia staje się żywą tkanką snu

jak w teatrze – gasną światła przed
pierwszym wejściem posłańca zwiastującego
o przyszłej tragedii i wszyscy muszą postawić
się w sytuacji tego chwilowego antraktu między

zapisanym i fałszywym a wypowiedzianym i żywym
kiedy słowa szeleszczące na powierzchni wyblakłego
papieru wyzbywają się bladości i z warstwy
chropowatej bezsenności usta starego aktora
przenoszą je w senny gabinet luster

„De profundis”, 1.

1.

chór:

z głębokości wołamy do ciebie panie
dzień wtedy był jasny i słoneczny nic nie zapowiadało

tego że zaczną trząść się posady starego domu i ściany
chwiać w konwulsyjnych ruchach o których nie doniosła
żadna z gazet sprzedawanych przez brudnych chłopców Czytaj więcej „De profundis”, 1.