Skip to content

[widziałem z góry], monolog

przodownik chóru:

widziałem z góry z najwyższego balkonu
kupiłem najdroższe miejsca by wszystko
objąć słabym starym wzrokiem

na dole

młodzi Niemcy patrzą na getto
spełnia się ich cichy sen
ukrywany przed wielkimi gazetami i
oficjalnymi pismami starych ministrów

ich głuche oczy są suche i milczą
dotykają pewną ręką zniszczonego muru
który nie znaczy dla nich nic więcej
poza chropowatą powierzchnią zimnych cegieł

za murami za cegłami nic dla nich już nie ma
pustynie starych ludzi w kamienicach
o których prawie wszyscy już zapomnieli
oni też tylko mówią im
boże to tak dawno było, skąd my mamy pamiętać
zresztą nic nie wiemy, ojciec potem przyjechał ze wsi
jak nas przesiedlili pani kochana ja nie wiem
nas to nie interesowało potem każdy chciał jakoś żyć
a wy to skąd przyjechaliście bo słyszę, że nie z polski
z niemiec a tu kurwa cholerstwo szkopy mało
złego zrobiliście a tu jeszcze przyjeżdżacie

słowa odbijają się od zniszczonych ścian
komunalnego mieszkania trafiają w pustkę
przez chwilę trochę milczą, nawet nie są zmartwieni
zresztą już nie rozumieją wiele nawet
nie potrzebują rozumieć

bo zostały im tylko rzędy dziwnie brzmiących słów
źle poskładanych liter, źle przedrukowane
rysunki z gwiazdą dawida na szubienicy
i duże liczby od których zaczyna ich boleć głowa
więc odwracają od nich te młode głuche oczy

milczą i idą dalej ulicą dalej ulicami starego miasta
może któryś z nich pomyśli

to kiedyś było nasze, szkoda, ze nadal nie jest
breslau danzig też brzmiało dobrze

odchodzą kawałek ktoś im powiedział że
powinni być cicho przy tym murze ale
potem już mogą rozmawiać krzyczeć na nowo
głuchnąć obok polacy żydzi tak samo
rozweselają się i uśmiechają
jak małe dzieci trzymają się za ręce bo już

nie patrzą na getto

nie dla nich jeszcze się
nie skończyło przedstawienia
nie wyszli za kulisy
nie pora na zdejmowanie kostiumów
palenie scenografii

muszą wrócić na scenę
jeszcze raz wniesiemy
stare zamki papierowe jeziora
zapalimy gazowe świece

i znowu będzie jakieś życie
wolne trwanie między jednym
końcem sceny a drugim
gdzie jest tylko czarna przestrzeń
zbutwiałych desek

a na końcu śmierć
śmierć w starych dekoracjach

nie znam aktorów ani reżysera
zaraz przyjdą przyniosą
zardzewiałe metalowe szuflady
zasznurowane białe teczki

w nich jakieś stare urywki gazet
same puste strzępy urwane słowa
niedokończone przedstawienia
głuche krzyki i jęknięcia
coś udało się złapać martwe
gdy było jeszcze żywą materia
a teraz jest tylko żałosnym echem

nie no, skądże to nie będą żadne
cudowne zaklęcia nikt nie wniósł
na scenę kotła z którego wyciągamy
papierowe przeznaczenia

to już nie to to się skończyło
zeszło z afisza wiele lat temu
może zostały jakieś plakaty
programy ze zdobnymi literami
ale u nas już nie żadnej magii

mi tylko postaramy się układać to
co zebraliśmy bez sensu
brudni bezdomni którzy układają
całe swoje życie wszystko co mają
kilka zniszczonych przedmiotów
w zamokłym kartonie na dworcu

przyjdą przyniosą
rozrzucą wyniosą

nic poza tym
żadnego zaklęcia magicznych formuł
tylko ostre skrzypienie rdzy
i mdły zapach starego papieru

widziałem z góry z najwyższego balkonu

idą jasnymi ulicami nie patrzą w okno
ale przed siebie nawet nie chce im się raz
obrócić krok jest szybki miarowy pewny
mówią słowa których nie rozumiem
polski niemiecki hebrajski
nagle jedna bełkotliwa miazga
surowego niemego brzmienia

wyglądają na szczęśliwych wiem
że to niby banał nie lubię tego mówić
ale za tym coś było muszą wejść
w poprzedni akt

może nie ma zaklęcia
ale te białe zasznurowane teczki
mogą ożyć i połamane
chwile i słowa wejdą w nich
przypomną wszystko,
nie, nawet, nie
na tych słabych, tanich fundamentach
zbudują jakieś nowe pamiętanie

bo mnie to może i nie interesuje
ja jestem stary ja tu tylko sprzątam

ja się nie mieszam no ale tak nie można
nie można tak nie patrzeć w tył tylko tak
przed siebie nie można nie wiedzieć
trzeba wszystko odegrać każde słowo
w starych dekoracjach

zaraz znowu zgasną światła

potem niby znowu wszystko się rozjaśni
ale tak naprawdę wpuszczę ich w ten mrok w noc

zaraz znowu zgasną światła

w ten mrok w noc niech oni

niech oni razem my oni wyśnią wyśnijmy

ten koszmar ten sen

luty/kwiecień – maj 2011

Skomentuj jako pierwszy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *